O autorze
Zajmuję się filozofią i makrosocjologią, a w szczególności teorią polityki. Pozostaję wierny nieśmiertelnym ideom Wolności, Równości i Solidarności, ale nie boję się rozmawiać z ludźmi, którzy wierzą w co innego (dopóki nie rzucają we mnie kamieniami).

Jestem nieprzejednanym demokratą – dobry system to taki, w którym ludzie decydują o sobie sami, a nie podlegają władzy królów, kapłanów, generałów, prezesów, ojców czy „ekspertów”.

Kocham ludzi, wierzę, że są dobrzy i chcą dobrze. Sądzę, że gdyby nagle policja, wojsko i straż miejska rozpłynęły się w powietrzu, to ludzie nie zaczęliby się natychmiast zabijać i gwałcić, tylko spróbowali by się jakoś ze sobą dogadać. Na tym kontrowersyjnym przekonaniu opieram swoje podejście do świata.

Poza filozofią i polityką interesuję się m.in. sztuką, ekonomią, nowymi technologiami. Uwielbiam biegać, jeździć na rowerze i muzykę elektroniczną.

Nie należę do żadnej partii ani organizacji politycznej – najważniejsza jest dla mnie niezależność myśli.

Zapraszam na mojego mikrobloga:

krzysztofpacewicz.mikroblog

PiS to nie ciemnogród, PiS to przyszłość

wikimedia commons
„Jak możliwe, że oszołom Kaczyński znowu jest na fali? Czy on nie mógłby w końcu zniknąć?” martwią się kulturalni publicyści i eksperci w garniturach. Pomimo ich niesmaku, PiS rośnie w siłę i pewnie będzie niedługo rządził Polską. Dlaczego?

Wiem, śledzenie sporu PO z PiSem przypomina śledzenie polskiej ligi piłkarskiej – żenujący poziom rozgrywki powoduje u wszystkich (poza grupkami rozwrzeszczanych fanatyków) syndrom całkowitego zniechęcenia. Nie można jednak przemilczeć faktu, że po latach dominacji platformersów to pisowcy są na przedzie, a po najbliższych wyborach Polską może rządzić Kaczyński.



Dlaczego pomimo „wymierania moherów” Kaczyński jest na fali?

Trzeba zdać sobie sprawę, że problemy Polski i Polaków nie są niczym wyjątkowym. Ok, może nie w każdym kraju brzozy ścina się przy pomocy samolotów prezydenckich, niemniej rosnące nierówności ekonomiczne, bezrobocie, coraz gorsze zabezpieczenia społeczne oraz całkowita uległość rządu wobec korporacji i globalnych instytucji finansowych (żeby tylko „nie zniechęcić inwestorów”) to symptomy najgroźniejszej choroby XXI wieku: neoliberalizmu.

Neoliberalny porządek społeczno-gospodarczy, budowany poprzez postępującą deregulację od lat '80 pod hasłami „wolności gospodarczej” i „wyzwalania indywidualnej przedsiębiorczości” przynosi zyski niewielu, skazując większość na życie na kredyt, w ciągłej niepewności jutra.

Oficjalną ideologią neoliberalizmu jest amoralny indywidualizm: przekonanie, że do wszystkiego należy w życiu dojść samemu, a dzięki ciężkiej pracy każdy może załapać się do grupy „zwycięzców”. Każda forma przynależności do wspólnoty (związkowej, lokalnej, rodzinnej, politycznej) okazuje się kulą u nogi. Sęk w tym, że „zwycięzców” jest w istocie niewielu, gra niesprawiedliwa, a większość zostaje bez niczego: bez pieniędzy i bez bezpieczeństwa, które daje wspólnota.

Neoliberałowie i fundamentaliści: zakochana para

W efekcie głównym problemem współczesnego człowieka jest strach i poczucie osamotnienia. Jesteśmy istotami społecznymi i szczególnie w czasach niepewności desperacko szukamy wspólnoty. Najprościej zaś łączy to, co wydaje się być przeciwwagą dla globalnego neoliberalizmu: naród i religia. Niepewni przyszłości, z tęsknotą patrzymy w staromodną przeszłość.

Podstawowy konflikt polityczny w XXI wieku jest konfliktem neoliberalnego indywidualizmu (PO) z narodowo-religijną reakcją fundamentalistyczną (PiS), która wprawdzie używa staromodnych słów i wyrażeń (co może mylić analityków), ale jest w swojej istocie na wskroś nowoczesna.

Obie strony tego konfliktu potrzebują siebie nawzajem: neoliberałowie (PO) mogą oskarżać fundamentalistów (PiS) o oszołomstwo i populizm (słusznie), a fundamentaliści (PiS) neoliberałów (PO) o amoralizm i antywspólnotowość (też słusznie). Jedni z drugimi monopolizują debatę publiczną, odciągając ją od debaty na najpoważniejsze tematy: obie strony w końcu zdają sobie sprawę z tego, że neoliberalny porządek gospodarczy im sprzyja i nawet nie starają się go kwestionować.

Kaczyński dobry na kryzys

Co gorsza, popularność Kaczyńskiego będzie pewnie tylko rosła: kryzys ekonomiczny się pogłębia, a politycy nie umieją (albo raczej nie chcą) przebudować fundamentów chorego systemu. W tych czasach Polacy tym bardziej potrzebują poczucia bezpieczeństwa i pewności, że dzięki ciężkiej pracy będą w stanie żyć godnie. Coraz mniej ludzi wierzy zaś Platformie w to, że uda im się dołączyć do „zwycięzców”. Indywidualna przedsiębiorczość okazuje się samozatrudnieniem wymuszonym przez pracodawcę, a niezależność – inną nazwą na pracę na umowie śmieciowej za tysiąc złotych miesięcznie.

W tych warunkach ludzie szukają bezpieczeństwa w narodzie i religii, co wykorzystują cyniczni politycy pokroju Kaczyńskiego, którzy grając na strachu i desperackiej potrzebie wspólnoty kierują zbiorowe frustracje w stronę nacjonalizmu i ksenofobii, wskazując winnych (pedały, ruscy, arabusy, feministki).

Tak długo, jak globalne korporacje wraz z międzynarodowymi instytucjami finansowymi będą sprawować rzeczywistą władzę, a rządy będą tłumaczyły biednym, żeby „uwolnili swoją przedsiębiorczość”, skazując ich na życie w poczuciu ciągłego zagrożenia, tak długo Kaczyński i jego sobowtóry będą nawiedzać życie polityczne - w Polsce i na świecie.

Trwa ładowanie komentarzy...